sobota, 12 sierpnia 2017

Szepty i szałasy

"Po co człowiek żyje tak długo, skoro wszystko, co ważne i co będzie się wspominać przez resztę życia dzieje się w ciągu pierwszych dwunastu lat?" - zapytał w zeszłym roku mój brat, a on zwykle ma rację, nawet wtedy, kiedy nie mam odwagi mu tego przyznać, bo jest młodszy, bo jestem przekorna, bo trzeba podtrzymać konwersację, a potakiwanie to nie rozmowa, więc nie zdziwcie się, że kwestionuję prawie wszystko, ja po prostu bardzo lubię rozmawiać.
Nie jest to jakaś mdła nostalgia, jakieś cukierkowe dzieciństwo. Dzieciństwo rzadko jest słodkie, moje smakowało raczej śledziami, musztardą i zielskiem.
Od tamtego czasu nie zdarzyło się absolutnie nic nowego. Rzeczy są trochę większe, osoby są wariacjami na temat innych osób albo przedziwnie spotkanymi duchowymi krewnymi, których istnienie przeczuwało się od zawsze, których ze zdumieniem i ulgą rozpoznaje się niemal od razu - albo po pierwszej szczerszej rozmowie i szerszym uśmiechu.
A tak naprawdę to miał być wpis audiofilski.
Najlepsza sala koncertowa, jaką odwiedziłam, miała z półtora metra kwadratowego powierzchni, dach z koca i ściany z krzeseł. Podczas jednego z domowych biwaków (może było gorąco, może brata nie było w domu i czułam się nieswojo, może po prostu chciałam spać na podłodze) zagrzebałam się w koce i zasypiałam w moim szałasie z radiem w pobliżu. Wtedy po raz pierwszy słyszałam operę barokową. Nie wiem, którą, czyją, wiem, co słyszałam, co widziałam. W salach koncertowych, teatrach jest za jasno, za duszno, za tłoczno. Coraz więcej kurzu spada na pałac. Coraz rzadziej udaje tak się zagrzebać w kocu, w trawie, żeby dogrzebać się do cudu w sobie, do przeczucia światła, gdy w domku z koca na materacu, przez sen słyszało się orkiestrę barokową i  głowie eksplodowały chmury gołębi pod złocistym niebem. Wenecja jest w głowie.
Głosie w ciemności, zabierz mnie do pałacu tak pięknego jak domek z koców i krzeseł

"Tak, są w domu, ale nie chcą z tobą rozmawiać. Ze mną możesz  pogadać, w końcu mamy wspólne dzieciństwo".


niedziela, 29 stycznia 2017

Dźwiękczynienie

Wszyscy już chyba zrobili swoje zestawienia najlepszych i najgorszych, najdziwniejszych, najweselszych i najbardziej niepokojących wydarzeń, płyt, książek ubiegłego roku. Ponieważ Nowy Rok Księżycowy, Rok Ognistego Koguta rozpoczął się dopiero wczoraj, piszę swoje zestawienie dopiero teraz. Składać się będzie z jednego wydarzenia, zawierającego wszystko to, co powyżej.

1. Koncert "Orszak weselny/ Żałobny rapsod". To niezwykłe przedsięwzięcie (i piszę to z pełną odpowiedzialnością, to nie jest słowna wata: Niezwykłe Przesięwzięcie) powstało w roku 2014 jako zwieńczenie obchodów roku Oskara Kolberga, jednak miałam okazję zobaczyć je dopiero w Święto Zmarłych/ Dziady 2016 w Filharmonii Szczecińskiej. I bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie, żeby w jakiejkolwiek innej przestrzeni to widowisko mogło zrobić na mnie jeszcze większe wrażenie. W geometrycznym, białym wnętrzu lodowej góry śpiewały baby, Tęgie Chłopy grały, trąby huczały, stroje pachniały stęchlizną, remizą strażacką i chórem kościelnym - tym zapachem, którzy znają wszyscy, którzy chodzili do kościoła na wsi albo na zabawy w remizie. Na białych, japońsko minimalistycznych ścianach najpiękniejszego współczesnego budynku na świecie (to nie ja przyznałam tę nagrodę architektoniczną, ale coś w tym jest!) rozkwitły świetliste, kolorowe wycinanki drzew, domków, zwierząt. Bajka do wyświetlania - gasimy światło, wyciągamy zwinięte w rolki przezrocza z opowieściami, snop światła na prześcieradło lub ścianę. I rusza rapsod, orszak, te wszystkie rozdzierające pieśni o dziewczynie, która umiera, gdy wychodzi za mąż, i te radosne w głębi pieśni o tych, co pomarli, a przecież aniołowie powiodą ich do nieba, baby śpiewały, aż ciary chodziły, chłopy trąbiły i też śpiewały, wszyscy maszerowali, przypominał mi się mój ślub sprzed dwóch miesięcy i Babka, moja znienawidzona, nieżyjąca Babka, za którą tak bardzo tęsknię, która śpiewała dokładnie jak baby, kobiety i dziewczyny z Jarzębin, jak wszystkie żywe kobiety na świecie, i przyszły do mnie po kolei te wszystkie te śmierci, które już przeżyłam - J., M., E., R., C. - i te, które są jeszcze przede mną.

 "Śpiewa się, żeby nie płakać". Obie te czynności przynoszą niewysłowioną ulgę. Obie są czynieniem dźwięku, krzyku, rwetesu i wrzasku zanim pochłonie nas bezbrzeżna cisza.

"Ale dopóki ust nie zatka mi gliniasta gruda,
Będzie się z nich dobywać tylko dziękczynienie"

(Josif Brodski)

Dźwięk czyńmy!


PS.Moja nieoceniona Mama po koncercie z Brodaczem ze Sławatycz. I do niej niech należy ostatnie słowo. Najkrótsza recenzja, która bije moją na głowę: "Wiesz, podczas tego koncertu dotarło do mnie, że to zdanie - w które nigdy do końca nie wierzyłam - że śmierć jest częścią życia...to prawda". 

PS 2. Tutaj zapis tego samego widowiska wykonanego w Studiu Koncertowym Polskiego Radia. Jednak w Szczecinie była inna przestrzeń, kaskady schodów, po których stąpał orszak... Niezapomniane.

http://www.polskieradio.pl/8/194/Artykul/1113761,Orszak-weselnyZalobny-rapsod-Zobacz-wideo-z-koncertu