czwartek, 22 sierpnia 2013

Urodziny Ognia // Never Afraid To Burn

Jak nazywa się bard rodzaju żeńskiego?



Moja chaotyczna diwa. Dziewczyna Z Południa. Córka Pastora. Mistyczka, prowokatorka, ikona. Rozmawia z fortepianami, nosi peruki, wysokie obcasy, ubiera się pięknie albo okropnie, cudownie się śmieje, rozmawia ze swoimi miłośnikami, uwielbia karmelizowane jabłka na patyku i jaskrawe szminki. Muzycznie dotknęła niemal wszystkich najwazniejszych gatunków, od prostych ballad - niemal country - po musical. Jej "słabsze" płyty to wciąż albumy, o których stworzeniu większość artystów współczesnej sceny mogłaby tylko pomarzyć.
Od ponad dwudziestu lat nieustająco koncertuje. Miałam szczęście widzieć ją na żywo pięciokrotnie - trans, szaleństwo, święto. Może to banalnie zabrzmi, jak lukrowana laurka, ale Tori Amos we wszystkim co robi jest dla mnie autentyczna, bezkompromisowa, Absolutnie Fantastyczna.
Dziś kończy 50 lat.
Ponad 20 lat na scenie, niemal 50 lat nad klawiaturą fortepianu.
Dzisiaj, w dniu urodzin Myry Ellen Amos z Karoliny Północnej Drzewo Ananasowe, które swoją nazwę zawdzięcza jej piosence, przedstawia bardzo subiektywną i krótką wycieczkę po United States of Tori - Wszystkich Wcieleniach Tori.



Those angels can't ever take my place..don't judge me so harsh little girl- so you've got a Playboy Mommy


Piosenka, przy której płaczą najwięksi twardziele. Może najpiękniejsza z piosenek Tori przez to, że muzycznie najprostsza. Mogłaby być balladą country, jednak nie jest to opowieść o utraconej romantycznej miłości. To utwór dla nigdy nie narodzonej, utraconej córki. Aniołowie nigdy nie zdołają mnie zastąpić, dziewczynko. Wybacz mi.

We danced in graveyards with vampires till dawn.. We laughed in the faces of kings, never afraid to burn


Tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Tori to chyba najbardziej przejmująca odsłona jej twarzy czarownicy/ szamanki/ demona. Pieśń ognia. Daj mi życie, daj mi ból, oddaj mi mnie. Bo każda chwila może rozedrzeć nas na strzępy.

Give me religion and a lobotomy


Tori często nieodparcie kojarzy mi się z Toni Morrison. Kobiety z prowincjonalnej Ameryki, których twórczość zdaje się być nieustającą wariacja na temat Pieśni nad pieśniami . Odważnie mówiące o ciele, religii, Bogu, gorącej więzi między kobiecością a męskością, o dumie i stracie. Z czerwienią na ustach, wewnątrz różowe jak owoc. Są takie miejsca, gdzie ich światy przecinają się. Szkoda, że Tori nie nagrała więcej takich utworów jak Beulah Land - jej własna interpretacja religijnego hymnu z towarzyszeniem chóru gospel.

There are some that give blood - I give love..Somewhere before the Sun begins to rise I must GIVE so that I can live


Tak rozpoczyna się najsłabszy według krytyków album Tori. Każdemu serdecznie życzę takiej słabości. Kolejny przykład wspaniałej różnorodności stylistycznej - triphopowe, mroczne wyznanie istoty, która czerpie siłę z dawania. Ale SIĘ nie daje.

If you love enough, you'll lie a lot - guess they did in Camelot


Może to najlepszy utwór w dniu urodzin T. ? Opowieść o dzieciństwie rozpoczyna się w Lidniu, w którym zastrzelono prezydenta Kennedy'ego. Tori miała trzy miesiące, a jej matka położyła ją na trawniku i modliła się o siłę dla Jackie. To jest piosenka wyżłobiona w mojej pamięci, słuchana nieprzyzwoitą ilość razy.

Lifelines and suicide crimes- there' s something every day..So if you're my way let me love you, my Mrs Jesus


Po prostu obejrzyjcie to nagranie...


Jeszcze długo tak mogę, wyliczanka bez końca, rozmowa bez finału, bez ostatniego słowa. Chociaż przecież ktoś gdzieś musi znać zakończenie. Kosmiczny Pies.









  







czwartek, 27 czerwca 2013

Czarownice mojego plemienia // "and the ass saw the angel"

Straciły swój język w płomieniach. Języki ognia nad głowami apostołów nie były przeznaczone dla nich - dla nich było milczenie. Nawet oślica Balaama mogła przemówić, kiedy ujrzała anioła:

„Co ci zrobiłam, że zbiłeś mnie te trzy razy?” Wówczas Balaam rzekł do oślicy: „Ponieważ obeszłaś się ze mną niecnie. Gdybym tylko miał miecz w ręku, zaraz bym cię zabił!” A oślica odparła Balaamowi: „Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździłeś przez całe życie, aż po dziś dzień? Czyż kiedykolwiek ci tak czyniłam?” 




Wielka liczba nas, oślic, nigdy się na to nie zdobędzie, a czekanie na anioła bożego albo nagrodę za cierpliwość nie jest żadną wymówką.
Sydonia von Borck miała odwagę, miała życie dłuższe niż mężczyzna, którego kochała i który ją porzucił, samotne życie spędzone najpierw na pomorskiej tułaczce - niepokorna kobieta bez męża, wędrująca po łąkach w poszukiwaniu ziół, w towarzystwie ukochanych zwierząt - potem w lochu grabowskiego zamku, wyprowadzana tylko na tortury. Z powodu "temperamentu" popadła w konflikt z zakonnicami w klasztorze, do którego oddał ją brat. To początek, posądzono ją także o rzucenie klątwy na cały ród mężczyzny, który ją zostawił, posłuszny woli rodziny.



Sydonia zginęła, ścięta przed spaleniem tylko dlatego, że była szlachcianką, w mieście, w którym się urodziłam. Miasto ogrodów, caryc, czarownic otworzyło w lochu zamkowym stałą wystawę poświęconą Sydonii - "Cela czarownic". W jaskrawo upalny czerwcowy dzień zejście do chłodnego lochu było ulgą, spojrzenie na zgromadzone w gablocie narzędzia tortur położyło uldze kres. To się działo, tak, naprawdę. Wygląda zabawnie - uszy wilczycy, uszy oślicy, świński ryj. Kobieta, zwierzę, srom, hańba. Ale to był ból, strach, upokorzenie nakładane na twarze kobiet i mężczyzn, żeby nie mogli jeść, spać, żyć.


"Sidonia the Sorceress", ("Sydonia czarodziejka"), to niemiecka powieść Wilhelma Meinholda, przełożona na angielski przez Franceskę Speranzę Lady Wilde, matkę Oscara. Pomorska czarownica stała się jedną z ulubienic prerafaelitów. Tak namalował ją Edward Burne-Jones:


Prochy Sydonii rozsypano po polach wokół najbardziej zielonego miasta, jakie znam. Miała 75 lat w chwili śmierci. Stara kobieta torturowana przez mężczyzn, oskarżona przez zakonnice.
Nie mogę patrzeć na to, jak stare kobiety klęczą przed młodymi mężczyznami.
Sydonia nie klęczała.
Następnego dnia po wyjściu z celi czarownic zobaczyłam i usłyszałam Sinéad na dziedzińcu zamku. To był wieczór, kiedy wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być zawsze, czas zatrzymuje się, a ogień płonie. Boso, w uniformie księdza, z mężczyzną na piersi, śpiewała, rozkazywała: "Zdejmij sandały, bo miejsce, na którym stoisz jest ziemią świętą". To miejsce. Ta Ziemia. Na której następnego dnia zapłonęło ognisko Przesilenia.
Język ognia w ustach.

PS. Słuchać bardzo głośno, śpiewać i tańczyć!












środa, 29 maja 2013

Matka znaczy Podróż // Mother, Journey

Po fińsku podróż to "matka". Jabłko - "omena". A Finlandia - Suomi. Lubię fiński, bo jest tak daleki, choć tak blisko. Pozwala spojrzeć z dystansem na przesiąkniętą łaciną Europę.
Ale matka to podróż, zawsze.
Podróż na ten świat - gdziekolwiek byśmy umieszczali stację początkową, w nicości, w łańcuchu poprzednich wcieleń, w kosmicznej konieczności. Tu jest wysiadka i koniec, można się wściekać i po freudowsku uciekać, ale wyrzucenia na peron ziemski nie można cofnąć.
Moja Mama i jej mama podróżowały dużo, jak na tamte czasy, ze Wschodu na Zachód, z Północy na Południe, mnie się to zawsze wydawało naturalne, że trzeba się przemieszczać, że bliscy są daleko.
Kiedy rosłam, dziwiłam się, że niektórzy całe życie wzrastają w jednym miejscu, wrastają.
Pociągi kołysały mnie przed urodzeniem i niedługo po, i potem już zawsze, i jeszcze będą, bo tam znajduję spokój , najczęściej tam, w żelaznej melodii szyn, w zapachu brudnego metalu, w matczynym kołysaniu wagonu. Wielu ludziom wydaje się dziwne, że można lubić kolej w Polsce. Ja lubię, bo najpiękniejsze chwile spędziłam z Mamą na dworcu.


Nie mieszkając, najczęściej czekając. Nieistniejący już dworzec główny w Katowicach był w pierwszej klasie podstawówki co piątek moim domem na dwie godziny. Jeździłam sobie schodami ruchomymi w górę i w dół, Mama kupowała mi komiks, prażynki ziemniaczane, a sobie kamyczki i nigdy nie stała nam się krzywda, ani techniczna, ani dietetyczna, ani literacka. Grałyśmy w gry słowne, pisane i mówione, oglądałyśmy używane książki, używanych ludzi, ławki były stare, z małymi przerwami między drewnianymi listewkami, komunikaty z głośników płynęły melodyjnie, a pociąg do Krakowa przyjeżdżał. Szkoda.

Były inne dworce, inne podróże, ale takich ruchomych schodów i prażynek już nie.  Na wszystkich dworcach świata, moja Mama i ja nosiłyśmy brzydkie okulary.Teraz Mama ma ładne, ja żadnych. Nadal jest dużo pociągów, jazd w górę i w dół mapy, mnóstwo liter pochłanianych w podróży. Oglądanie ludzi, siebie w podróży. Wewnątrz pozostają (my), niewinni, naiwni, zaskoczeni upływem lat. Nie wierzę, że mama Mamy, Babcia z góry mapy ma osiemdziesiąt cztery lata. Ona też nie. "Ja w środku mam piętnaście, chciałabym zrobić komuś jakiś kawał". 
84. Mój rocznik, wiek Babci, co znaczą liczby?
Jazda!

Mojej Mamie dedykuję tę ukochaną piosenkę o pociągu. Oprócz żelaznej melodii szyn i bycia w ruchu (jak długo nie ma podróży, trzeba choć pojeździć tramwajem do pętli i z powrotem, przejść się po nieznanej dzielnicy) nauczyła mnie niczego nie żałować. I tego, że zawsze jest jeszcze pociąg powrotny.




sobota, 4 maja 2013

Ananasnowe paranoje // Pinnacles of pineapples



Śniła mi się jaskrawa tęcza na zupełnie czarnym niebie. Śniło mi się, że potłukłam ostatni talerz malowany w niebieskie kwiaty. Mniej więcej:


Śniła mi się pierwsza koleżanka z dzieciństwa, miała znowu długie, ciemne włosy i jasnoniebieskie oczy, biegałyśmy po opuszczonym pałacu - zrujnowanemu dworkowi, przy którym się wychowałyśmy, obok którego K. zawsze bała się przechodzić, wyrosły we śnie ogromne stropy, okna, wewnętrzne przestrzenie. Wszędzie rozpościerała się atmosfera nieskończonych możliwości i zagrożenia. Niebo było ciemne, trawa mokra. Przybiegłam do domu ze śmiechem i strachem.  





wtorek, 23 kwietnia 2013

Tkanie - utyka, nie?



Poetka - taka, co słowa tka i tka, a nawet utyka po kątach i czasem umysłowo utyka, chromieje, ale promienieje. Tka gobelin słów, gobelin znaczeń, żmudne snucie na krosnach. Jak Pani z Shalott, zamknięta w swojej Wieży, wierzy, że to jest jej los, że oglądanie świata w zwierciadle i tkanie w wieży, obtykanie kątów mchem i wełną, żeby nie wiało, wicher ducha żeby nie dmuchał, to jest sens i tak już będzie, i tak toto tak, i tka i tka, poe-tka, aż...


...zjawia się Lancelot, lustro pęka, nić wypada z dłoni, Wieża się rozpada. Tylko takie uderzenie miłości, uderzenie Piękna może rozbić życie jak zwierciadło, potłuc na bolesne odłamki, ale tylko takie uderzenie sprawia prawdziwą sztukę, tukę, tuk, stuk-puk, pęka opukiwane serce z granitu, z marmuru rodzi się nowa Poetka, biała, krucha i niezwyciężona.


PS. Drzewo Ananasowe napotkało bardzo przyjaźnie wyglądające Drzewo Figowe - zapraszam do obejrzenia, warto:

poniedziałek, 18 marca 2013

Riding Reality// "Wistość tych rzeczy jest nie z świata tego"

Ujeżdżam rzeczywistość. Twardo ściskam ją między kolanami, żeby się nie wymknęła, nie zrzuciła gdzieś poza. Kolana bolą, uda bolą. Ona ma twardy grzbiet. Jest Koniem Bez Imienia, nie wiem, kim jest, nie wiem, czy jest, muszę się tylko mocno trzymać.

I'm riding Reality.
She's a wild horse, that one. I can't let go of her. She's a Horse With No Name, she's everything i can think of.

Śpiąc, śniąc, ziewając, przestępując z nogi na nogę, jedząc, karmiąc ręką innych ludzi, śpiewając i trzęsąc się z zimna, lawirując między ludźmi, garbiąc się, telefonując, jedząc jabłko, uśmiechając się, wrzeszcząc, mając nadzieję, będąc.

Sleeping, dreaming, feeding, yelling, yawning, singing, taking endless showers, taking insults, hugging, hoping, being. Being Hope. Still Riding.



"You got you a fast horse, darling, but all you do is complain it ain't a Maserati" 

niedziela, 10 marca 2013

Syreny , Morskie Panny // Sirens , Songs

W zeszłym tygodniu zostałam syrenką.


Profesor z nożem a dłoni, otoczony młodocianymi rzeźbiarzami, nowa poza na nowy semestr, patrzył badawczo: "Niech pani przesunie tę nogę tu, a może... No tak. To jest kopenhaska Mała Syrenka."
Właśnie kończy sto lat. Krzywdzono ją przez lata z lubością, wielokrotnie traciła głowę.
Zostałam rozpoznana. Mogę sobie całymi dniami udawać, że zapomniałam, straciłam głos, a nawet potrafię się utopić.


W języku polskim nigdy nie wiadomo, czy chodzi o syreny - morskie panny z rybimi ogonami ("mermaids") czy o te, co "pięknym głosem zwodzą żeglarzy (...), mają twarze niewiast, lecz nogi i pióra ptasie. Ludzie rozmaicie tłumaczą ich osobliwe kształty, między innymi utrzymują, że bawiły się z Korą, kiedy uprowadził ją Hades, i Demeter, nie mogąc im wybaczyć, że nie przyszły z pomocą jej córce, dałą syrenom skrzydła i kazałą szukać Kory po całym świecie. Jeszcze inna wersja głosi, że zamieniła je w ptaki Afrodyta, ponieważ uniesione pychą nie chciały oddać swego dziewictwa ani ludziom, anim bogom. Od kiedy jednak muzy pokonały je w zawodach śpiewaczych i wyrwały im pióra, z których zrobiły sobie wieńce, syreny nie umieją latać. Siedzą teraz na łące, otoczone stosami bielejących kości zwabionych żeglarzy, i śpiewają". (Robert Graves)


M., piękna i utalentowana, opowiadała, że w podstawówce nauczycielka plastyki ze złością podarła namalowany przez nią obrazek przedstawiający syreny kuszące żeglarzy. "To nie ty zrobiłaś! To jest za dobre!". Nie mogłam uwierzyć. Nie dajmy sobie wyrwać piór. Odebrać głosu.
Bo to wszystko ze strachu. Jesteś zbyt piękna, żebyś mogłą być prawdziwa. Boję się twojego głosu, twojej urody, mocy, jaką daje piękno. Nigdy nie uwierzę, że to ty byłaś, mogłabyś być moją wybawczynią.
" - Cóż mi pozostanie, gdy odbierzesz mi głos? - spytała syrena.
  - Twoja piękna postać- odpowiedziała czarownica. - twój powiewny chód i wymowne oczy, którymi możesz oczarować ludzkie serce. No cóż, straciłaś odwagę? Wysuń języczek, obetnę ci go jako zapłatę".




To było moje pierwsze spotkanie z najważniejszą Syreną. Trzynaście lat, siódma klasa podstawówki, szkolna wycieczka do Lublina, nocleg z liceum plastycznym, te białe, nagie, rozbite ciała posągów w ciemności, spanie na zakurzonych mataracach, szepty, chichoty, noc. A następnego dnia sklep muzyczny na starym mieście i wystawiona w gablocie kaseta magnetofonowa ze ścieżką dźwiękową do filmu "Wielkie nadzieje". Uwspólcześniona ekranizacja powieści Dickensa z zieloną, syrenią Gwyneth Paltrow. W tamtym czasie pochłaniałam wszystko, co miało choćby daleki związek z Dickensem. Kupiłam kasetę - w pociągu do domu włożyłam ją do walkmana. Rozpoczynająca album wokaliza Tori Amos przechodziła w piosenkę, która - górnolotnie, dramatycznie, ale właśnie tak było! - miała zmienić moje życie. Minęło 15 lat, a ten utwór, tak osobny na tej płycie, tak osobny w twórczości Tori, wciąż przyprawia mnie o dreszcz. Ten pęd, ten szept. Moja Syrena.


W 1997 roku, kiedy pierwszy raz usłyszałam Tori, Nick Cave poznał Susie Bick, którą poślubił, a 16 lat później umieścił nagą na okładce albumu "Push the sky away".
Odepchnąć niebo, odepchnąć syrenę. Nick Cave twierdzi, że wierzy w syreny.
I śpiewa o nich najpiękniejszą chyba pieśń na nowej 
płycie.


To nie tak powinno się było skończyć. Romantyczna historia o syrence ratującej życie księcia, z miłości do niego zatracającej siebie, oddającej swój cudowny głos i swój zgrabny ogon za parę nóg, które chciałaby owinąć wokół księcia, a on nawet tego nie zauważy. Opowieść o dziewczynie tak odważnej, że porzuca rodzinny dom, potęgę Oceanu, siły starszej i mroczniejszej niż stały ląd dla podsłonecznego świata. A potem zamienia się w morską pianę. To tak jak u Disneya powinna była skończyć się ta historia, nie jak u neurotycznego Andersena! Dosyć obcinania języka i urzynania głowy kopenhaskiej morskiej panience!
 "Mała Syrenka" to jedna z pierwszych moich wizyt w kinie, może nawet pierwsza. Ariel ma za duże oczy, cudownie czerwone usta i wiecznie idealną fryzurę - jej włosy są puszyste nawet gdy wynurza sie z wody, to potrafią tylko syrenki - ale i tak ta ruda amerykańska dziewczyna jest moją ulubioną bohaterką. Śpiewającą (póki jeszcze może) oscarową piosenkę Alana Menkena, piosenkę o przekraczaniu granic, o doświadczaniu nowego, o stawaniu na dwóch własnych nogach, ważną chyba nie tylko dla małych dziewczynek próbujących po raz pierwszy dowiedzieć się, czym jest ogień:




"Bright young women, sick of swimming, ready to stand!". Po latach odkryłam, jaki skarb chowała Ariel w swojej podwodnej jaskini:



Ada z "Fortepianu" zostawiłą na dnie oceanu swój instrument, ale odzyskała głos, po latach milczenia.


Są też syreny trudno słyszalne, trzeba się natrudzić, by je odnaleźć, ale warto szukać: 





Najsłynniejszą chyba pieśń dla Syreny napisał i wyśpiewał Tim Buckley.:



Z niezliczonych jej późniejszych wersji wybieram dwie, najbliższe: pierwszą dlatego, że śpiewa Syrena, po prostu:

Druga - australijska - pochodzi z filmu o zatraceniu:


Spotkanie z syrenami odmienia na zawsze. Nic nie jest takie, jak było. Usłyszałeś ją.

 - Tak, ty jesteś mi najdroższa, bo ty masz serce najlepsze ze wszystkich, ty jesteś mi najwierniejsza i jesteś podobna do jednej młodej dziewczyny, którą kiedyś widziałem, a której pewnie już nigdy nie zobaczę. Byłem na tonącym statku, fale rzuciły mnie na brzeg, przed świątynię, gdzie wiele dziewcząt służyło Bogu; najmłodsza znalazła mnie na brzegu i uratowała mi życie, widziałem ją tylko dwa razy, jest jedyną istotą na świecie, którą mógłbym kochać, ale ty jesteś do niej podobna. "Ach, on nie wie, że to ja uratowałam mu życie ..."
On nie wie. Nie możesz tylko patrzeć. Wracaj w otchłań po swój Głos.



PS. Nie ma przypadków... Właśnie w chwili, gdy kończę pisać i wklejać zdjęcia syrenek, Piotr Kaczkowski nadaje "Song to the Siren" w wykonaniu Dead Can Dance. I z komentarzem "...jeden z najpiękniejszych utworów tego świata". A może już nie tego? ...